Uczniowie uwielbiają najdłuższe przerwy. Mogą wtedy pohasać na boisku, pograć w piłkę, pobawić się na placu zabaw, po prostu – wyszumieć się. Zastanawiamy się, jakim sposobem znajdują się tak szybko przy drzwiach wyjściowych ze szkoły, chętni i gotowi do wyjścia na dwór. Nauczyciel dyżurujący, żeby nie wiem jak się starał, zwykle jest daleko za nimi. Nie wychodzimy, kiedy pada deszcz albo trafią się inne niesprzyjające warunki. Uczniowie cierpią, a my dyżurujemy wtedy np. w sali gimnastycznej.
Tegoroczna zimna Zośka objawiła nam się w pełnej krasie, czyli za oknami bujna zieloność, ale temperatura pozostawiająca wiele do życzenia. To znaczy nam, nauczycielom, tak się wydawało. Na samą myśl o dyżurowaniu na boisku dostawaliśmy gęsiej skórki. Uczniom też cierpła skóra, ale raczej na myśl o pozostaniu na czas długiej przerwy w szkole. Nauczycielka owinęła się więc szalem, postawiła kołnierz, zaopatrzyła się w kubek gorącej herbaty i wyszła z dziećmi dla zdrowotości. Kiedy już napatrzyła się na harce, podskoki i przebieżki, a przyjemne ciepło rozeszło się po ciele, z uśmiechem przypomniała sobie, że i jej swojego czasu było cieplej… Obrażona na czapki wszelkiej maści (fakt, wybór był dużo mniejszy niż obecnie), rozcierająca zimą zziębnięte kolana w koniecznie cienkich rajstopach, z sercem młodym i gorącym pogardliwie patrzyła na babcie staruszki (coś w wieku zbliżonym do naszego teraz…?) chodzące w wełnianych spódnicach i supłające apaszki pod szyją. Wracając do szkoły, nie miała już za złe ani Zośce, że taka oziębła, ani uczniom, że im zawsze tak ciepło. Takie są przywileje wieku, a młodość nad wyraz chętnie korzysta ze swoich praw.
Za nami przedsmak wakacji – długi weekend, który w wielu przypadkach okazał się długim tygodniem. W mojej szkole zupełnie legalnie odpoczywaliśmy, korzystając z tej drugiej opcji. Majówka, krótko rzecz ujmując. Niektórzy wrócili mocno opaleni i wypoczęci, inni lekko zmęczeni pieleniem działek i odgruzowywaniem przydomowych ogródków, komuś udało zwiedzić się kawałek świata… Miło. Trudno było zmobilizować się do powrotu, ale nie wypada nawet narzekać, skoro i tak niebawem prawdziwe wakacje.
Trochę naszych gimnazjalistów już dostało się do wybranych liceów, mogą spać spokojnie. Co poniektórzy spinają się i stają na głowie, żeby jednak zawalczyć o dobre świadectwo, są też wieczni luzacy, którzy wyznają teorię, że jakoś to będzie.
My, dorośli z pokoju nauczycielskiego, po chwilowym i przyjemnym naładowaniu akumulatorów ruszamy na ostatnią prostą. W kalendarzu zagęściło się od terminów rad i ważnych spotkań, jeszcze jakieś zielone szkoły, jeszcze jakiś szkolny piknik, zebranie z rodzicami i kilka innych obowiązkowych pozycji, w tym – wypisywanie świadectw, dyplomów, listów gratulacyjnych… Końcówka roku szkolnego, coroczna ostra jazda (jednak z trzymanką), po której i my wrzucimy spokojnie na luz.
Przyroda nareszcie mogła zaszaleć, zazielenić wszystko wokół, dać wytchnienie mieszczuchom, a tym, którzy na co dzień mają do czynienia z tzw. łonem – udowodnić, że wcześniejsze grabienie, nawożenie i ogólna pielęgnacja przyniosły oczekiwany rezultat.
W przyrodzie zielono, w niektórych głowach również. Dzieci na placach zabaw więcej i głośniej, młodzież dokazuje na swój sposób, a dorośli – jak to dorośli… czasem gorzej niż dzieci, bo zielonego pojęcia nie mają, jak zdrowo lub chociaż bezpiecznie spędzić długą majówkę. Ogródkowe przyjęcia, grillowe atrakcje i wypady za miasto są pełne uroku, ale w głównej mierze ich powodzenie zależy właśnie od dorosłych. Jak co roku w wiadomościach podawano komunikaty o wypadkach, zatrzymaniach pijanych kierowców, niefortunnych skokach do wody czy nieprzewidzianych finałach zakrapianych przyjęć. Zgroza.
Od najmłodszych lat wpajamy dzieciom zasady bezpiecznego spędzania czasu w szkole, na dworze, w trakcie zimowych ferii czy letnich wakacji. Bezsprzecznie należy dodać garść przestróg na długie weekendy czy majówki. Obowiązkowa praca domowa – przepytać rodziców na okoliczność znajomości tychże zasad. Kaganek oświaty mają nieść nie najstarsi, ale najmądrzejsi! Może w niektórych przypadkach będą to nawet nasi uczniowie?
Spodziewamy się kontroli. Poważnej, nieuniknionej, zapowiedzianej. Oprócz kontroli od podszewki będą ankiety, podstępne i tendencyjne. Ewaluacja. Hasło, od którego dyrektorom dreszcz przebiega po plecach, nauczycielom robi się miękko w kolanach, a uczniom… i tak wszystko jedno.
Pracujemy dobrze. Szkoła funkcjonuje od lat, i to świetnie. Chętnych do przestąpienia naszych progów co roku mamy na pęczki, wybieramy sam miód. Ale trafia się i dziegieć. Osiągamy sukcesy, zamiast porażek – zbieramy doświadczenia i wnioski na przyszłość. Skąd więc ten strach blady, co na nas padł i przygniótł lekko? Dokumentacje, papiery, dowody… na wszystko. To mieć musimy, uzupełnione od A do Z, bez pominięcia najmniejszej chociażby rubryczki. Wolimy pracę z żywą materią, chyba dlatego zżymamy się na samą myśl o czekającej nas kontroli. Damy radę, bo i dlaczego nie. Tylko to spięcie niemiłe, to czekanie, drżenie… Minie. Słońca coraz więcej, bladość ustąpi miejsca zdrowej opaleniźnie. A ewaluacja, jeśli nas nie zabije, to i wzmocnić potrafi.